Gdy rano podniosłam rolety i zobaczyłam bielutki świat, ledwie widoczny zza sypiących obficie wielkich płatków śniegu, ucieszyłam się. Pomyślałam o dzieciach, które w Wielkopolsce właśnie teraz mają ferie i już widziałam oczami wyobraźni, jak szaleją na sankach i lepią bałwany...
Dałam sobie dodatkową godzinę, żeby się zrobiło nieco jaśniej i pogodniej, poczytałam trochę, pijąc kawę, po czym, okutana stosownie do sytuacji, wyszłam z domu, licząc na zimowe pstryki w nieco oddalonym ode mnie, ale kameralnym, takim miło kompaktowym, parku Wilsona.
No cóż, zima miała jednak inne plany. Gdy wysiadłam z tramwaju na około 3/4 trasy do parku, stwierdziłam, że obfity śnieg zmienił się w tym czasie w równie obfity deszcz, który bardzo skutecznie i błyskawicznie rozprawiał się z białą pierzynką przykrywającą ziemię. Ziemię, dodam, podgrzaną do temperatury ok. +2 stopni, co deszczowi bardzo ułatwiało sprawę. Zawróciłam, wsiadłam do innego tramwaju i w drodze do domu wysiadłam przy parku Sołackim, licząc na choćby kilka śnieżnych pamiątek.
Kilka się udało, co można zobaczyć, chociaż z tym widokiem z okna sprzed dwóch godzin nie mają nic wspólnego.
I tak sobie myślę, może ktoś by skonstruował jakieś wielkie parasole, które mogłyby osłonić to białe przed tym bezbarwnym?
Uśmiecham się do Pani, która także wysiadła z tramwaju przy parku Sołackim i, podobnie jak ja, liczyła na kilka fajnych śnieżnych ujęć. Pozdrawiam. 🙂










Komentarze
Prześlij komentarz