Gramofon. Jeden z tych elementów mojego życia, który wrócił do mnie jak bumerang.
Tak zwane "adaptery", najpierw najprostszy Party Hit, gdy byłam dzieckiem, potem już bardziej opracowane konstrukcje, były u mnie zawsze. Do czasu, gdy uległam (chwilowemu, na szczęście) zauroczeniu możliwościami CD. Ostatni wówczas posiadany gramofon chyba to wyczuł, bo zwyczajnie się obraził i przestał działać. W przypływie głupoty uznałam to za znak, że pora iść z duchem czasu - zaniosłam płyty analogowe do miejskiej biblioteki.
Pustkę po gramofonie i winylach odczułam od razu, trwało jednak jakiś czas, zanim uznałam, że mi nie przeszła ta tęsknota i ponownie kupiłam gramofon. I tak, jak przed laty, był to w miarę prosty model (chociaż nic nie mający wspólnego z konstrukcją Party Hitów), chciałam się przekonać, czy nadal tkwi we mnie bakcyl, którego złapałam jako nastolatka. Tkwi.
Wymieniłam prosty model na minimalistycznego w wyglądzie, ale skrywającego spory potencjał Pro-Jecta, dokupiłam może nie niezbędne, ale przydatne akcesoria...
Próbowałam choćby częściowo odtworzyć tamten zbiór, wydany pod wpływem zgubnego zauroczenia technologią. Nie wszystko udało mi się kupić ponownie, trudno.
Dzisiaj godzę bez problemu CD i LP. Ale słucham ich inaczej.
Bo winyl to winyl. Dla mnie odsłuch płyty analogowej to jest jakieś celebrowanie słuchania (począwszy od wyjęcia krążka z koperty aż po odsunięcie ramienia gramofonu na końcu strony i równie ostrożne schowanie płyty z powrotem do koperty), czego zupełnie nie czuję przy włączaniu CD. Wiem, że to dziwne, ale tak mam.

Komentarze
Prześlij komentarz